Ładowanie wpisu
Ładowanie wpisu
14 października 2026 / Aktualności
Dziś, gdy temat prawa do aborcji wraca wraz z szóstą rocznicą haniebnego wyroku TK, musimy rozpocząć dyskusję tam, gdzie kilka lat temu ją zakończyłyśmy – na prawie do strajku. Bo bez silnego ruchu pracowniczego i bez strajku nie wygramy prawa do aborcji.

22 października 2026 mija 6 lat od haniebnego wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który poddał polskie prawo aborcyjne – już i tak jedno z najbardziej restrykcyjnych w Europie – jeszcze dalej idącym ograniczeniom. Masowo wyszłyśmy wtedy na ulice. Nasze protesty były największą mobilizacją społeczną III RP. Przez miesiące nie dawałyśmy za wygraną: chodziłyśmy pod Sejm, blokowałyśmy ulice i zakłócałyśmy business as usual.
Jednym z głównych motywów tych protestów stał się sprzeciw wobec konserwatyzmu i mizoginii partii PiS, która pod przykrywką „obrony życia nienarodzonego” odebrała nam, kobietom, prawo do samostanowienia, do świadomego macierzyństwa, do ochrony naszego zdrowia, a w pewnych przypadkach nawet naszego życia. W szczególności zaś odebrała te prawa kobietom z klasy pracowniczej i kobietom spoza dużych ośrodków miejskich, których nie stać na zabieg w zagranicznej klinice lub które nie mają bezpośredniego dostępu do informacji o kobiecych organizacjach pomocowych.
Na naszym sprzeciwie wobec tego ataku na prawa kobiet kapitał polityczny zbiła Platforma Obywatelska. To dzięki obietnicy legalnej aborcji partia ta doszła do władzy w ramach koalicji. Jak podkreśla OSK: to dzięki nam wygraliście! W grudniu 2023 roku część z nas mogła naiwnie wierzyć, że przejęcie władzy przez obecną koalicję rządzącą oznacza wygraną naszej walki. Jednak kadencja dobiega końca, a my dostępu do aborcji dalej nie mamy. W 2026 roku nie powinnyśmy mieć już żadnych złudzeń: klasie politycznej nie zależy i nigdy nie zależało na naszym dobru. W systemie kilkuletnich kadencji, w którym nie mamy żadnej możliwości demokratycznej kontroli nad wybraną władzą, partiom politycznym zależy wyłącznie na tym, by wygrać wybory. W tym celu obiecują wszystko, ale realizować przecież nie muszą z tego nic. Przez te kilka lat od protestów aborcyjnych dostałyśmy na to tylko kolejne potwierdzenia: gdy już dobiorą się do władzy, liczą się dla nich tylko kilometrówki i pokoje VIP w szpitalach. Skorumpowani politycy reprezentują wyłącznie interesy biznesu i swoich kolegów – czy to z Kościoła, czy z zarządu wielkiej firmy, czy z ławki sejmowej.
To jak mamy wygrać prawo do aborcji?
Bądźmy realistyczne: zastąpienie jednej partii duopolu przez drugą było jedynym, co mogłyśmy wygrać bez wywierania strategicznej presji – niezależnie od tego, jak potężna była nasza mobilizacja i determinacja. Jako pracownice, lokatorki, związkowczynie i aktywistki związane z ruchem pracowniczym wiemy, że nie możemy liczyć na te partie i nie możemy oddawać w ich ręce naszego bezpieczeństwa i naszych praw. Wiemy, że możemy liczyć tylko na siebie, a prawa zdobywa się tylko w walce – zadając takie ciosy, które naprawdę bolą rządzących. A najbardziej boli ich presja ekonomiczna.
Jako pracownice mamy unikalną pozycję do wywierania presji ekonomicznej. To dzięki nam funkcjonuje gospodarka i państwo. To my codziennie wypracowujemy zyski, które wypełniają potem portfele prezesów i zasilają polskie PKB. Bez naszej pracy państwo staje, a rządzący nie mogą nas dłużej ignorować. Są zmuszeni usiąść do stołu negocjacyjnego i przystać na nasze żądania – bo my nie wrócimy do pracy, a państwo będzie stało, dopóki tego nie zrobią. Nasza praca i moc, by odmówić pracy, stanowią naszą siłę przetargową. W strajku – odmowie pracy – leży nasza największa siła.
Możemy i musimy wychodzić na ulice, gdy jesteśmy atakowane. Ale dopóki jednocześnie chodzimy do pracy i wykonujemy nasze obowiązki domowe, władz nie boli to wystarczająco – mogą przeczekać nasze wzburzenie, mogą pozwalać nam protestować tak długo, aż wyczerpiemy wszystkie nasze siły. Masowe, pokojowe demonstracje historycznie rzadko doprowadzały do dużych zmian społecznych, gdy nie towarzyszyły im strajki – a wywalczenie prawa do aborcji byłoby potężną zmianą społeczną w państwie, w którym instytucja Kościoła ma tak wielką władzę jak w III RP. Świadectwo siły strajków historia dała nam za to niezliczoną ilość razy. To właśnie strajki pozwoliły kobietom i pracownicom przed nami osiągnąć wielkie zwycięstwa, którymi cieszymy się dzisiaj: 8-godzinny dzień pracy, podstawowe gwarancje BHP czy system ubezpieczeń społecznych. Także i te zdobycze są dziś jednak na różne sposoby podważane przez rząd i pracodawców – na każdym kroku próbuje się nam je odebrać. To powinno stanowić dla nas naglące przypomnienie, że żadna nasza wygrana nie jest wieczna. Poza zmianami prawnymi potrzebujemy silnego ruchu pracowniczego i związkowego, który będzie w stanie bronić naszych zdobyczy za każdym razem, gdy są atakowane.
Nasza największa moc to odmowa pracy – strajki kobiet
W historii nowoczesnej miało miejsce wiele strajków, których organizatorkami i uczestniczkami były głównie lub tylko kobiety. Wymieniając niektóre z nich, musimy wspomnieć o nowojorskim strajku koszulowym z 1909 roku, który był największym na tamten czas strajkiem w historii USA – 20 tys. robotników i robotnic, głównie migrantek pracujących w przemyśle tekstylnym, zastrajkowało przeciwko zbyt długiemu tygodniowi pracy, niskim pensjom, złym warunkom BHP w zakładach oraz reprymendowaniu pracowników za złamane igły, zużyte nici i prąd. Również szwaczki przeprowadziły udany strajk w Petersburgu, w 1917 roku – pod hasłem “Chleba i pokoju”. Żądały końca wojny i kryzysu żywnościowego, a także abdykacji cara Mikołaja II. Ich odważne posunięcie stanowiło ważny katalizator dla rewolucji lutowej, obalenia cara i transformacji systemu gospodarczego. Za pokojem strajkowały też kobiety na całym świecie w 1961 roku, czym doprowadziły do podpisania układu o zakazie prób broni nuklearnej 3 lata później.
Szczególnym historycznym osiągnięciem był także strajk kobiet na Islandii w 1975 roku. Wzięło w nim wówczas udział aż 90% Islandek. Żądały równości płac i wzięcia ich pracy zarówno zarobkowej, jak i domowej na poważnie. Udało im się bezpośrednio doprowadzić do uchwalenia aktu o równości płci w roku 1976, a także – czy też przede wszystkim – zbudować masową świadomość i ruch wokół walki o prawa kobiet.
Z perspektywy walki o prawo do aborcji w XXI wieku najważniejszym przykładem jest dla nas jednak ruch feministyczny w Argentynie. W 2016 roku miały tam miejsce dwa tragiczne dla kobiet wydarzenia: brutalne, noszące kolonialne znamiona morderstwo 16-letniej Lucíi Pérez oraz skazanie na 8 lat więzienia “Belén” – kobiety, która doświadczyła samoistnego poronienia. Gniew zapłonął w sercach Argentynek w całym kraju. Ważną lekcję powinny stanowić dla nas doświadczenia organizatorek Pierwszego Krajowego Strajku Kobiet z 19 października 2016 roku oraz Międzynarodowego Strajku Kobiet z 8 marca 2017 roku, Verónici Gago i Natalii Fontany. W artykule dla Viewpoint Magazine działaczki opisują, w jaki sposób uformowała się linia polityczna argentyńskiego ruchu, wykraczająca poza zwykły sprzeciw względem przemocy wobec kobiet. Mówią jasno: kluczowa w tym procesie była decyzja o podjęciu akcji strajkowej.
Mobilizacja przeciwko przemocy wymagała zredefiniowania pojęcia strajku tak, żeby mógł on uwzględnić kobiety niezrzeszone w związkach zawodowych, a także te bezrobotne, emerytki czy też wykonujące pracę nieodpłatną, a niezbędną do utrzymania domu, wychowania dzieci i dbania o swoją społeczność. W poszukiwaniu nowej definicji pomogło spojrzenie na pracę jako coś znacznie bardziej obszernego niż tylko czynności, które wykonujemy na rozkaz szefa w określonym miejscu i czasie. 19 października na 2 godziny Argentynki wstrzymały się od pracy zarobkowej, natomiast przez 24 godziny nie podejmowały także aktywności związanych z domem, opieką i aktywizmem.
Ogromna presja społeczna, protesty, czuwania, wystąpienia (tzw. Zielona Fala oraz ruch #Niunamenos) i strajki przeprowadzane w Argentynie co roku z okazji Dnia Kobiet doprowadziły do realnych zmian legislacyjnych – w grudniu 2020 roku Senat zatwierdził ustawę legalizującą aborcję na życzenie do 12 tygodnia, a także po tym terminie w przypadku gwałtu i zagrożenia zdrowia lub życia kobiety. Argentyński rząd nie był w stanie dłużej ignorować siły kobiecego gniewu. Argentynki nie pozostawiły mu żadnej innej opcji.
Powtarzane co roku strajki, które obejmowały odmowę różnorakich form kobiecej pracy są demonstracją tego, jak ogromną presję ekonomiczną i polityczną mogą wywrzeć kobiety, kiedy zwyczajnie odmówią wkładania wysiłku, który każda z nas wkłada w nasze otoczenie każdego dnia, odpłatnie czy też bez kompensacji finansowej. I w zamian za tę pracę, troskę, opiekę, czułość i wyrozumiałość, setki godzin poświęcone na zajmowanie się wszystkimi – tylko nie nami samymi – w zamian za to jesteśmy poniżane, wyzywane od rozpustnych i roszczeniowych, odbiera się nam prawo do samostanowienia o naszych własnych ciałach, jesteśmy dotykane bez zgody, gwałcone, każe się nam rodzić dzieci gwałcicieli, a na końcu się nas aresztuje, skazuje na więzienie i brutalnie morduje. Słowami jednej z organizatorek Pierwszego Krajowego Strajku, Vero Gago: „Czas rewolucji nadszedł teraz.”
Prawo do strajku w Polsce? Tylko na papierze
Przewodniczące protestom w sprawie aborcji aktywistki Ogólnopolskiego Strajku Kobiet zdawały sobie sprawę z tego, że potrzebujemy kobiecego strajku generalnego, by zabezpieczyć nasze prawa reprodukcyjne. Stąd słowo “strajk” w nazwie kolektywu. Stąd czerpanie inspiracji ze strajku Islandek z 1975 roku. Stąd też próba organizacji strajku generalnego 28 października 2020 roku. Musimy jednak podkreślić: niestety, mobilizacja lat 2020-2021 pod szyldem Ogólnopolskiego Strajku Kobiet nie przerodziła się w strajk. I właśnie dlatego przegrałyśmy. A zbudowanie na naszej złości i determinacji prawdziwego strajku generalnego niezwykle utrudniło nam polskie prawo – bo w III RP, państwie powstałym w wyniku strajków, organizacja legalnego strajku w miejscu pracy graniczy z cudem. A organizacja strajku generalnego czy politycznego, w tym feministycznego, jest nam wprost zakazana.
Choć rzeczywiste prawo do strajku było jednym z kluczowych postulatów “Solidarności” lat 80. – na której legendę uwielbiają się powoływać nasi politycy – we współczesnej Polsce prawo do strajku w miejscu pracy mamy tylko na papierze. Choć ustawodawstwo Unii Europejskiej wyraźnie mówi, że możliwość strajkowania jest warunkiem demokracji, a art. 59 Konstytucji RP w teorii gwarantuje nam prawo do strajku, ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych z 1991 roku w praktyce nam to prawo odbiera.
Ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych uznaje strajk za środek ostateczny, dopuszczalny dopiero wtedy, gdy pracownicy i pracownice przejdą przez wszystkie wcześniejsze etapy sporu. Początkowe etapy – mediacje i rokowania – to proceduralna fikcja. Ich rzeczywistym celem nie jest osiągnięcie porozumienia, ale danie pracodawcy czasu na rozbicie mobilizacji i zastraszenie załogi, na nielegalne zwolnienia liderów i liderek zakładowych oraz zasypanie ich pozwami typu SLAPP. Ostatni etap przed strajkiem, referendum strajkowe – wbrew temu, co sugeruje nazwa – nie jest wcale gwarancją demokracji. Z absurdalnym wymogiem min. 50-procentowej frekwencji wśród wszystkich zatrudnionych (a więc np. wśród 60 tys. pracowników i pracownic Dino rozsianych po 3 tys. marketów w całym kraju) stanowi raczej ostateczną blokadę strajku. Gdyby podobny wymóg stosować wobec władz kraju, połowa rządów w III RP byłaby nielegalna, bo w co drugich wyborach do sejmu frekwencja nie przekroczyła tego progu.
Wszystkie te “etapy” czy też “środki dialogu” poprzedzające strajk to w rzeczywistości restrykcje nałożone na ruch pracowniczy jeszcze przez Jaruzelskiego za stanu wojennego. Była to jego polityczna odpowiedź na narodziny “Solidarności” – procedura sporu zbiorowego miała formalnie zalegalizować strajki, jednak w taki sposób, by w praktyce je uniemożliwić, a tym samym powstrzymać związek przed dalszą walką. Nowe władze III RP z chęcią podtrzymały te restrykcje, gdy wprowadzały “nową” ustawę o rozwiązywaniu sporów zbiorowych w 1991 roku. Tym razem procedura Jaruzelskiego była im na rękę, by zahamować falę strajków lat 1989-1991 przeciwko reformom Balcerowicza. Prawo, któremu wciąż podlegamy, dwa razy więc znalazło w polskiej historii zastosowanie jako blokada strajków. Polskie “prawo do strajku” jest prawem anty-strajkowym – dosłownie. Ponadto w 2026 roku, w realiach wielkich międzynarodowych korporacji, restrykcje Jaruzelskiego hamują strajki jeszcze lepiej niż za PRL-u.
Strajk kobiet w Polsce? Zakazany!
Walka staje się w naszym kraju jeszcze trudniejsza, gdy dotyczy kwestii mniej bezpośrednio związanych z zakładem pracy – takich jak prawa reprodukcyjne. Według ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych strajk może dotyczyć tylko wąsko rozumianych warunków pracy i płac oraz wolności związkowych we własnym, bezpośrednim zakładzie pracy. Polskie prawo nie dopuszcza strajków o prawa wykraczające poza kompetencje pracodawcy, takie jak dostęp do aborcji.
Stronami w sporze zbiorowym, a więc i w strajku, mogą ponadto być tylko związek zawodowy i pracodawca. Z prawnego punktu widzenia nie jest więc możliwy strajk generalny. Nie dopuszcza się strajku kierującego żądania bezpośrednio do rządu czy takiego, w którym polskie pracownice są reprezentowane przez organizację inną niż związek zawodowy – np. przez Ogólnopolski Strajk Kobiet.
Polskie prawo nie dopuszcza także strajków solidarnościowych w kwestiach takich jak walka o prawa reprodukcyjne. Tym samym żyjemy w kraju “Solidarności”, w którym zakazane są strajki solidarnościowe; i w kraju zbudowanym na strajkach politycznych, którego nowe władze po zajęciu stołków w pierwszej kolejności zabroniły nam strajków politycznych.
Próby zorganizowania Ogólnopolskiego Strajku Kobiet jako zbiorowej odmowy pracy w 2016 i w 2020 roku rozbiły się w dużej mierze właśnie o te ograniczenia. Aby wziąć udział w strajku i nie stracić źródła utrzymania, kobiety musiały uciekać się do innych metod “zalegalizowania” swojej nieobecności w zakładzie w dniu protestu – wziąć urlop wypoczynkowy lub opiekę na dziecko czy honorowo oddać krew. Konieczność poszukiwania takiego substytutu prawa do strajku wielu kobietom utrudniła, a innym uniemożliwiła udział w zbiorowej odmowie pracy. Polskie prawo antystrajkowe stanęło nam na drodze do zbudowania kobiecego strajku generalnego i wywarcia na władzach realnej presji ekonomicznej, a tym samym odegrało wielką rolę w porażce naszej walki.
Gdy masowa mobilizacja z lat 2020-2021 nie doprowadziła do realizacji naszych postulatów, przy OSK została powołana Rada Konsultacyjna, a w jej ramach Zespół ds. Praw Pracowniczych. Zespół zaproponował wysunięcie żądania rzeczywistego prawa do strajku, które zostało przyjęte jako postulat OSK. Dziś, gdy temat prawa do aborcji wraca wraz z szóstą rocznicą haniebnego wyroku TK, musimy rozpocząć dyskusję tam, gdzie kilka lat temu ją zakończyłyśmy – na prawie do strajku.
Dość zakazu strajków!
Wysuwając postulat o prawo do strajku, Zespół ds. Pracowniczych przy Radzie Konsultacyjnej OSK zaproponował szereg zmian prawnych, które gwarantowałyby nam możliwość strajkowania o kwestie takie jak dostęp do aborcji. Wśród propozycji znalazły się m.in.: zniesienie wymogu mediacji i referendum strajkowego, zniesienie ograniczeń rodzaju postulatów, z jakimi można strajkować czy zapewnienie prawa do strajku wszystkim pracownikom – w tym pracownicom budżetówki, z których wiele obecnie strajkować nie może.
Od momentu przyjęcia przez OSK postulatu prawa do strajku minęło 5 lat. Nasze żądania się nie zmieniły – ale zupełnie zmienił się moment. Dziś mamy już toczącą się o walkę o wolność strajkowania, w którą zaangażowane są pracownice, związkowczynie, lokatorki i aktywistki z dziesiątek organizacji z całej Polski. Wiosną 2026 roku byłyśmy w sejmie, by podnieść nasze postulaty. Mówiłyśmy o nich na demonstracjach i w mediach, pisałyśmy o nich w ulotkach, w artykułach, w internecie. W odpowiedzi, we wrześniu tego roku zawiązał się Komitet Inicjatywy Ustawodawczej “Dość zakazów strajku – przywróćmy wolność strajkowania”, w którego skład wchodzą związkowczynie i związkowcy m.in. z Inicjatywy Pracowniczej w Zalando, Jeremias i Amazon, z Konfederacji Pracy w Dino czy ze związku “Ad Rem” działającego w sądownictwie. Komitet zaproponował obywatelski projekt ustawy, która realizuje koncepcję strajku jako wolności związkowej zamiast fikcyjnego “prawa” obwarowanego szeregiem restrykcji. W swojej obecnej formie projekt ustawy pozwala na podejmowanie strajku w dowolnym momencie, niezależnie od sztywnej procedury sporu zbiorowego, znosi wymóg referendum strajkowego, gwarantuje wolność strajkowania pracownicom budżetówki, zapewnia strajkującym realną ochronę przed represjami i ułatwia organizację strajków politycznych – o postulaty wychodzące poza warunki pracy i płace w konkretnym zakładzie, takie jak dostępna i legalna aborcja. Zbiórka podpisów na rzecz komitetu ruszyła m.in. w Warszawie, Poznaniu, Łodzi, Trójmieście i Wrocławiu.
Z prawem do strajku jest jak z aborcją – żaden polityk ani polityczka nie przyznają go nam ze swojej dobrej woli. Musimy je sobie wywalczyć. W przeciwieństwie do wielkich tego świata, my mamy siłę tylko wtedy, kiedy jesteśmy razem i kiedy działamy w sposób skoordynowany. Dlatego potrzebujemy Ciebie i każdej innej kobiety w Polsce, która nie chce być dłużej deptana: żebyś weszła na stronę strajkuj.pl i zapoznała się z naszym przekazem; żebyś zbierała z nami podpisy; i żebyś zapisała się do związku zawodowego – lub założyła własny. Związek zawodowy ma moc reprezentowania nas jako zbiorowego podmiotu. I co najważniejsze – ma środki i uprawnienia, by nas bronić, jako kolektywu i jako jednostek, gdy poddaje się nas indywidualnym represjom.
Wzywamy wszystkie kobiety w Polsce: przyjdźcie na mobilizację w sprawie aborcji 22 października w jednym z 25 miast, walczcie z nami o prawo do aborcji i o wolność strajkowania. Wyciągnijmy wnioski z lat 2020-2021: podejdźmy do wyzwania strategicznie. Zamiast wypalać się w protestach ulicznych, włóżmy energię w to, co naprawdę może nam przynieść zwycięstwo – w organizowanie się na zakładach pracy, w walkę o wolność strajkowania i w organizację strajku generalnego o dostępną, legalną aborcję. Bo bez wolności strajkowania jesteśmy pozbawione podstawowego narzędzia walki o nasze prawa, o dobre miejsca pracy i o godne, wolne życie. Bo bez silnego ruchu pracowniczego i bez strajku nie wygramy prawa do aborcji.
Działaczki Inicjatywy Pracowniczej oraz Koordynacji Solidarności i Walk