Ładowanie wpisu
Ładowanie wpisu
7 października 2026 / Aktualności
W demokratycznym kraju „Solidarności” nie mamy demokratycznego prawa do strajku, a strajk solidarnościowy jest zabroniony. O absurdach III RP i związkowej walce o wolność strajkowania pisze Jarosław Niemiec, górnik z Bogdanki i przewodniczący ZZ „Przeróbka”.

Felieton napisany dla Tygodnika „NIE”, opublikowany w numerze 39/2026.
Jest rok 2026. Żądamy prawa do strajku! Nie wykrzyczał tego hibernowany w 1980 roku związkowiec, którego obudzili jak w Seksmisji. To krzyczą związkowcy, którzy dziś nie mają prawa do strajku. Jakim cudem? Takim, że ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych pochodzi z czasów Jaruzelskiego, kiedy władzy zależało, żeby było jak najwięcej obostrzeń. Nowej władzy po 1989 roku też na tym zależało, a jedyny liczący się wówczas związek zawodowy roztoczył parasol ochronny nad rządem. Potem liberalna propaganda zrobiła taką demokrację, że strajki i bunt to robią chuligani i roszczeniowa hołota. I tak prali temat w mediach czy na propagandzie przedsiębiorczości w szkołach, że się utrwaliło. Tak oto demokratyczna większość demokratycznym strajkiem obaliła niedemokratyczną władzę, żeby wybrać demokratyczną, która… zakazuje demokratycznego strajku.
To w wielkim uproszczeniu. Historia stosunków pracy w III RP jest historią ich indywidualizacji, co mocno podkreśla prof. Anna Musiała, specjalistka zbiorowego prawa pracy na UAM w Poznaniu: Indywidualizacja i personalizacja podmiotów otworzyła szeroko drzwi do tak zwanych umów cywilnoprawnych, czyli śmieciówek, samozatrudnienia i marginalizacji zrzeszeń pracowniczych, czyli do postępującego demontażu ochrony pracy i prawa pracy. Ruch związkowy i zrzeszanie były sprzeczne z neoliberalną doktryną, bo ona zakładała demontaż zbiorowego prawa pracy i zbiorowej reprezentacji, która blokowałaby ich program. A był to program, który związki zawodowe z natury musiałby blokować. Transformacja lat 90. byłą katastrofą społeczną i zdemolowała świat pracy, który do dziś nie może się podnieść, tresowany dodatkowo kijem praworządności, konsensusu i dialogu bez końca i o niczym. Ustawa o związkach zawodowych bardziej ogranicza niż pomaga. Wymusza pewne struktury zakładowe, które są bardzo autonomiczne w stosunku do centrali, ale mało skuteczne, gdyż ta autonomia oznacza małe wsparcie, a to z kolei ogranicza autonomię relacji z zatrudnicielem. Większy problem jest taki, że ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych to jakiś siedmiobój, który należy wykonać, żeby doszło do strajku.
Trzeba najpierw złożyć pismo wszczynające spór zbiorowy, rozpoczynające etap rokowań, termin minimum trzy dni, i to w skrajnych przypadkach. Jeśli jest cień szansy na porozumienie, wyznacza się czas na refleksję – poważne rokowania mogą potrwać nawet dwa tygodnie, a jeśli zakończą się fiaskiem, należy sporządzić protokół rozbieżności. Pierwsza okazja do przeciągania. Druga strona może prząciągać kilka dni. Mediacje trwają bardzo długo, bo nawet o mediatora można się spierać tygodniami. Zanim dojdzie do referendum strajkowego, może już nie być po co, bo będzie po sprawie, np. zwolnieniach grupowych. Bo zanim dojdzie do strajku, to wszyskich już zwolnią. Tak można przeciągać negocjacje płacowe i zyskać rok bez podwyżki, patrząc z perspektywy zatrudniciela. Pod warunkiem, że przeciwnik nie zastosuje pospolitej obstrukcji i z uporem maniaka będzie twierdził, że spór zbiorowy jest nielegalny. I może tak się upierać i blokować związki zawodowe. Nie ma żadnej instytucji, która może ustalić, że zatrudniciel unika negocjacji i oficjalnie stwierdzić istnienie sporu zbiorowego, bo PIP nie ma instrumentów nakazowych ani uprawnień do arbitralnych rozstrzygnięć takich faktów. Jedynie sąd może to zrobić, czyli nie wiadomo jak długo nie możemy nic, czekając na rozstrzygnięcie.
Żeby było śmieszniej i straszniej, to trzeba pamiętać i przypominać, że w tzw. demokratycznej Polsce, po 1989 roku, sąd bezczelnie zawiesił prawo obywatelskie, co miało się za demokracji nie powtórzyć, gdyż wyroki pozbawienia praw publicznych zapadały wyłącznie w niedemokratycznej przecież PRL. A tu nagle w XXI wieku, w państwie podobno prawa, Sąd Okręgowy, w stolicy tegoż państwa, 21 września 2018 roku, zawiesza prawo do strajku w LOT. Ktoś palił świeczki o demokrację? Trudno sobie przypomnieć. A wypadałoby tym razem podpalić świece pod Trybunałem Konstytucyjnym i Sądem Najwyższym. Jak trzeba, to w tej sprawie uzasadnione jest nawet razem z sądem i trybunałem.
Groźby konsekwencjami prawnymi i SLAPPy (stopujące akcje prawne polegające na grożeniu pozwami związkowcom, dziennikarzom i działaczom społecznym, na wysokie sumy i ogromnymi kosztami prawników finansjery, ze strony ludzi trzymających kasę i władzę) dodatkowo wzmacniają presję na związkowcach do tego stopnia, że na demonstracje i strajki wpuszczać będą tylko w krawatach, bo związkowiec w krawacie jest mniej awanturujący się. Na przykład jak na protest OPZZ 22 września 2025 roku, pod hasłem „Marsz niezadowolenia”, w sobotę żeby nikomu nie przeszkadzać. Autocenzura związkowa wygładziła to tak, że mało kto się przejął demonstracją. „Niezadowolenie to się w książce skarg i zażaleń wpisywało. Na ulicę wychodzili ludzie naprawdę wkurwieni” – komentowali związkowcy oburzeni takim kunktatorstwem.
O ile prawo do manifestacji ulicznych nie jest w szczególny sposób naruszane, to prawo do strajku jest właściwie fasadowe. Strajki, które się udały, należy traktować jako objaw heroizmu lub co najmniej nadprzeciętnej determinacji, a przecież prawo człowieka nie zakłada szczególnej determinacji żeby je egzekwować. Nie musimy za każdym razem spełniać szczególnych warunków, żeby skorzystać z wolności słowa. W przypadku strajku za każdym razem musimy. Lewica się dziwi, że strajków nie ma. Może ludzie się boją? To też. A może tak wytresowane związki zawodowe mają dodatkowo kaganiec w postaci ustawy o związkach zawodowych i w ustawie o rozwiązywaniu sporów zbiorowych, która uniemożliwia skuteczny strajk.
Owszem, to prawda, w akcie desperacji nikt nie patrzy na ustawę. Ostatnio w desperacji wybuchły strajki w Dino, też w desperacji protest pod ziemią rozpoczęli górnicy w kopalni Wujek w sierpniu tego roku, a rok wcześniej w Silesii. My nie chcemy walczyć jako straceńcy. Chcemy korzystać z prawa człowieka do strajku, co przewiduje działający system demokratyczny, właśnie po to, żeby nie trzeba było aktów desperacji. Strajk już częściowo jest desperacki, bo jest bardzo bolesny finasowo też dla pracowników. Jest to konflikt interesów i obie strony boli, ale właśnie każdy ma prawo o swoje walczyć. Zatrudniciel ma pieniądze i zasoby, my – obywatelskie nieposłuszeństwo. To równoważy strony. I tego nie ma w Polsce.
Koincydencja to niesłychana, że znów stoimy w obliczu podobnej katastrofy jak za Balcerowicza łupanego i prawo do strajku staje się w istotnym narzędziem obrony przed degradacją społeczną. My go nie mamy. Mamy jednak kilka przykładów, że strajk działa. Jeremias, Solaris, Valeo, Paroc i kilka innych. Były to strajki wygrane przez załogi ogromnym kosztem. Strajki w Jeremiasie i Solarisie w 2025 roku były jak Wielki Post przed zwycięstwem nad kapitalistycznym diabłem. Odpowiednio 42 dni w Gnieźnie i 40 dni w poznańskim Solarisie. Wymagały wielkiej determinacji załóg atakowanych z ziemi i z powietrza. To nie żart. Próbowano omijać blokady i realizować dostawy śmigłowcami. Kiedy w Solarisie zanosiło się na dłuższe strajkowanie, Wojciech Jasiński, przewodniczący tamtejszej Konfederacji Pracy, powiedział: „Będziemy wpierdalać tynk ze ścian, ale wytrzymamy”. Przeciwnicy naruszali prawo związkowe i w Jeremiasie zwolnili przewodniczącego Mariusza Piotrowskiego. Mariusz co prawda wygrał w sądzie pracy powództwo o przywrócenie, ale do dziś nie jest wpuszczany na teren zakładu i firma mu płaci za nieprzychodzenie do pracy. Takie są realia i możliwości walki o prawa pracownicze, i skutki uboczne dla nas, indywidualnie.
To jednak nic dziwnego. Strajk jest skuteczną bronią pracowników, więc jest zakazany. Praktycznie zakazane są strajki solidarnościowe i generalne. Solidarnościowy przewiduje powstrzymanie się od pracy na pół dniówki roboczej, a generalny w świetle przepisów jest niemożliwy. Nie jest zakazany. Nie ma procedury prawnej organizacji takiego strajku, a jeśli jej nie ma, to powstrzymanie się od pracy w ramach strajku generalnego jest nieuzasadnione w relacji do swojego zatrudniciela – i można pracownika zwolnić. Okazuje się, że na prawo obywatelskie potrzebna jest procedura. To jak wypełnić kwit u sołtysa, żeby do miasta pojechać, bo inaczej ze wsi wymelduje. A co zrobią związki zawodowe na zamiar podniesienia wieku emerytalnego? Nic. A tu aż się prosi tylko strajk generalny. Co może zrobić górnictwo i energetyka wobec transformacji? To samo. I skutecznie to robi, mianowicie cmoka w pierścień ministra i czasem ochłapy dostanie, a jeśli jakiś związek chce powalczyć, to nie za bardzo, bo ustawa wymusza zgodę większości organizacji zakładowych. Nie wprost. Po prostu jeden związek, wobec kilku klientystycznych wobec zatrudniciela, logistycznie nie da rady. Oddzielenie sporu zbiorowego od strajku zmienia te reguły i stąd propozycja związkowców, którzy podczas strajków zebrali wiedzę i doświadczenie, jak należy odzyskać prawo do głosu i narzędzie do egzekwowania tego prawa.
Dialog społeczny ma sens wtedy, kiedy kończy się w rozsądnym czasie jakimiś uzgodnieniami przyjętymi porozumieniem. Jeśli jedna ze stron unika takiego rozwiązania, to oczywiste jest, że do żadnych uzgodnień nie dojdzie – i pozostaje presja społeczna oraz nacisk ekonomiczny. I tu wychodzi „paragraf 22” ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Żeby doszło do strajku, który ma przerwać bezsensowne i nieskończone negocjacje, muszą się skończyć… nieskończone i bezsensowne negocjacje. Tak w skrócie. Jedynym wyjściem z błędnego koła jest oddzielenie prawa do strajku od ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Spór zbiorowy to tylko sformalizowana prawnie forma dialogu, nic więcej. Strajk to strajk. Jest prawem bezwarunkowym. Wezwanie do strajku jest kierowane do załogi. Związkowcy informują, że negocjacje nie przyniosły skutku i wzywają do podjęcia strajku w określony dzień, np. od początku dniówki roboczej, z zachowaniem przyjętego minimalnego terminu od wezwania do rozpoczęcia strajku. W polskim prawie zazwyczaj termin na odpowiedź czy przygotowanie wynosi 14 dni i jako związki zawodowe czy organizacje społeczne takim terminem się zwykle posługujemy, chyba że konkretna sprawa wymaga szczególnie długiego lub krótkiego terminu i jest on wyznaczony w odrębnych przepisach. Nie trzeba składać dodatkowych pism formalnych, uzasadniających itd., poza informacją do zatrudniciela o terminie strajku. To wyczerpuje bezwarunkowość prawa do strajku. Takie rozwiązanie, lub bardzo zbliżone, obowiązuje w większości krajów UE, wśród których Polska jest prymusem podobno. W tym najważniejszym dla obywatela prawie jest wyjątkowo zacofana. Nie jest to zbyt zaskakujące, bo prawo do strajku w liberalnym raju jest jedynym prawem przeciętnego obywatela, które może wywołać reakcję na jego słuszne żądania. Nie ma co się oszukiwać, wolność słowa nie pomoże, bo nikt robola nie słucha. Może też oczywiście wziąć kredyt i zmienić pracę. Jest wolny.
Dużo miejsca poświęcono prawom związkowym podczas panelu o strajkach na Kongresie Regeneracja w Dąbrowie Górniczej 5 września 2026 roku, z udziałem związkowców, którzy przeprowadzili w swoich zakładach wygrane akcje strajkowe. Wybrzmiewało tam duże oczekiwanie bardziej zdecydowanych działań i podobnych sukcesów świata pracy. Związkowcy zgodnie odpowiadali, że przeszkodą jest właśnie ustawa o sporach zbiorowych i tylko uwolnienie prawa do strajku od restrykcji może dać skuteczne narzędzia negocjacji, presji i walki.
21 maja 2026 roku Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości wydał opinię, że prawo do strajku ma być wyłącznie chronione, przez państwo, a jego regulacje są wyłącznie sprawą związku zawodowego. Ruch związkowy w Polsce natychmiast podjął działania zgodne z opinią MTS i podjął się przywracania praworządności, w tym najważniejszym dla większości obszarze prawa pracy. Podjęto próbę przeprowadzenia strajku w sieci sklepów Dino bez referendum, w oparciu o orzeczenie MTS, i taką przyjęto linię zwalczania pozwów o nielegalny strajk – jako zgodny z aktem wyższego rzędu, czyli prawami człowieka.
Powstała też inicjatywa na rzecz zmiany ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych i uwolnieniu prawa do strajku z absurdów tej ustawy. Będzie to wymagało zebrania podpisów i złożenia obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej. Już pracuje nad tym zespół związkowców z różnych organizacji związkowych i wspierających nas środowisk. Wymaga to ogromnej pracy, a jest nad czym, bo antypracownicza polityka III RP przyniosła takie spustoszenia, że w kraju „Solidarności” zabroniony jest strajk solidarnościowy, a o prawie do strajku o podstawowe sprawy w zakładzie pracy większość pracowników zapomniała albo nawet nie wie, na czym to polega. O najważniejszych rzeczach – wolnościach związkowych, o które Solidarność przede wszystkim walczyła, zapomniano. Karol Modzelewski, więziony latami w PRL, powiedział, że za kapitalizm nie siedziałby nawet tydzień. Jednak Jarosław Kaczyński się nie mylił. Za kapitalizm bez prawa do strajku, lepiej było faktycznie w stanie wojennym do 13 spać.